Wiersz miłosny Johanna Wolfgang Goethego pod tytułem Trylogia namiętności [Strona 3]

 

Pod jej spojrzeniem jak w słonecznych żarach,

Od jej oddechu jak od wiosny tchnienia

Taje egoizm, choćbyś go się starał

Jak lód przechować w zimowych podziemiach.

I myśl o sobie, samolubne chęci,

Przy jej zjawieniu pierzchają z pamięci.

 

Zda się, wyrzekła do mnie: "Co godzina

Los nam łaskawie niesie w dani życie

I o minionym każe zapominać,

A dzień jutrzejszy przesłania nam skrycie.

Niegdyś mnie chwytał lęk w wieczoru porze,

Dziś cieszą słońca gasnącego zorze.

 

Więc czyń jak ja — z powagą, lecz pogodnie

Spoglądaj odtąd chwili prosto w oczy.

Chwytaj ją szybko, żywo a swobodnie,

Czy ją w działaniu, czy w miłości zoczysz.

Gdziekolwiek stąpisz — młodość wróci wszędzie,

Staniesz się wszystkim — niezwalczony będziesz."

 

Myślałem: Jakże mądre twoje rady!

Bóg jakiś dał ci łaskę chwili. Jedną więcej.

Przy twoim boku każdy czuć się rad by

Chociaż na mgnienie losu ulubieńcem.

Lecz że mi odejść każesz, więc się lękam,

A tak chcę uczyć się prawdy twej, piękna.

 

I oto przyszła godzina rozstania.

Co czynić mi, sam nie wiem, myśl się mąci.

Ona wraz z pięknem mi dobro odsłania,

Lecz litość ciąży, muszę ją odtrącić.

Goni mnie wciąż tęsknota niezmożona

I tylko łez zostaje gorycz płonna.

 

Płyńcie bolesne, nic was nie osuszy,

Lecz nie zgasicie wewnętrznego ognia,

Który rozgorzał gwałtownie w mej duszy,

Gdzie śmierć się z życiem zmaga groźnie co dnia.

Są zioła, aby ból ciała koiły,

Tylko duchowi brak woli i siły.

 

I nie wie sam, jak oddalenie zniesie,

I przywołuje jej obraz bez końca,

Jej postać to się cofa, niknie, rwie się,

Czasem jest mglista, to promieniejąca.

Czyż może mu najlżejszą ulgę sprawiać,

Że się jak odpływ i przypływ pojawia?

 

*

 

Opuśćcie mnie, o przyjaciele moi!

Zostawcie tu, wśród skał i mchów, i bagien!

Wam naprzód iść! Wam świat otworem stoi,

I nieba dal, i ziemi szczyty nagie!

Badajcie je, gromadźcie doświadczenia,

Aby odsłonić tajniki istnienia.

 

Jam już zgubiony! Już świata przestwory

Nie dla mnie, ongi ulubieńca bogów!

Ach! Próby na mnie zsyłali, Pandory,

Niosące urok i gorycz zawodów;

Darzyli ust ich czarodziejskim tchnieniem

By mnie rozdzielić i wieść w zatracenie.

 

III

 

Pojednanie

 

Namiętność rodzi ból! Gdzież ukojenie

Dla serca, co już znużone jest męką?

Gdzież wy, godziny minione jak mgnienie?

Daremniem wybrał ponad wszystko — piękno;

Posępny jest mój duch i czyn ułomny.

O świecie marzeń, jakżeś wiarołomny!

 

Wtem nadpłynęła nadziemska muzyka,

Utkana z tonów i dźwięków miliona,

I duszę ludzką do głębi przenika,

By wiecznym pięknem była napełniona.

Oko się łzawi z tęsknoty ogromu;

Jam poznał boską wartość łez i tonów.