Wiersz miłosny Charlesa Simica pod tytułem Sezon huraganów

Sezon huraganów

Właśnie gdy świat się kończył,

Zakochaliśmy się w sobie nawzajem

Bez najmniejszego umiaru. Ja miałem

 

Parę niebieskich spodni w prążki,

Nienagannie zaprasowanych

Dla zabezpieczenia przed złym losem;

 

Ty miałaś parę srebrnych

Pantofelków na wysokich obcasach

I niedyskretnie przezroczystą bluzkę.

 

Nasz pocałunek wyglądał szałowo,

Odbity w szybie witryny lombardu:

Wokół nas mandoliny i skrzypce,

 

Nawet błyszcząca tuba. Wydawało mi się,

Że jesteśmy jak para fosforyzujących wskazówek

Na cyferblacie Rzeczy Niewymiernych,

 

Genialnie uzdolnieni w sztuce

Rozbierania się nawzajem, stopniowo,

W powolnym, wzmagającym napięcie rytmie...

 

Doszło do tego w szarym od zmierzchu hotelu,

Pamiętającym lepsze dni i położonym

Naprzeciw jakiejś szacownej państwowej instytucji,

 

Której fasada rozmazywała się w deszczu

Wraz ze swą parą pseudoegipskich

Kamiennych lwów.

Przełożył
Stanisław Barańczak